Wtorkowa tj. 10 lutego sesja Rady Miejskiej w Turku, zakończona odwołaniem wiceprzewodniczącej Marty Kiszewskiej, nie była ani zaskoczeniem, ani spontaniczną reakcją na nagłe problemy w funkcjonowaniu rady. Była finałem politycznego procesu, który rozpoczął się znacznie wcześniej — w momencie, gdy część radnych przestała głosować zgodnie z oczekiwaniami większości. Reszta była już tylko formalnością.
O tym, jak przebiegał proces odwoływania radnych z poszczególnych funkcji i powoływania na nie kolejnych przeczytać można TUTAJ
Już sama lista osób wnioskujących o odwołanie Marty Kiszewskiej ze stanowiska wiceprzewodniczącej pokazuje, że opowieść o „utracie zaufania całej rady” była politycznym skrótem myślowym. W rzeczywistości mieliśmy do czynienia z decyzją konkretnej większości, która postanowiła uporządkować własne zaplecze.
Pod wpływem uwag radnego Grzegorza Wojtczaka oraz na wniosek radnej Marioli Pacześnej zmieniono zapis mówiący o utracie zaufania „wszystkich radnych” na sformułowanie odnoszące się do „radnych, którzy podpisali wniosek”. Korekta ta była znacząca, ponieważ wprost potwierdziła, że decyzja nie miała charakteru jednomyślnego i dotyczyła stanowiska konkretnej grupy radnych, a nie całego gremium.
Uzasadnienie uchwały było podręcznikowe: brak współpracy, utrata zaufania, niewystarczająca bezstronność. Problem polega na tym, że tego typu argumenty w samorządzie pojawiają się niemal wyłącznie wtedy, gdy kończy się polityczna cierpliwość większości. Dopóki układ działa, nikt szczególnie nie analizuje poziomu „bezstronności”. Gdy przestaje — nagle staje się ona kluczowym problemem.
Nie sposób nie zauważyć, że rzeczywistym momentem przełomowym było głosowanie nad budżetem na 2026 rok. Negatywna opinia Marty Kiszewskiej i Zbigniewa Korzeniowskiego wobec projektu przygotowanego przez burmistrza Romualda Antosika została odebrana nie jako element debaty, lecz jako polityczne wyłamanie się z szeregu. A w lokalnej polityce wyłamanie się z szeregu bardzo często kończy się zmianą personalną.
W tym kontekście odwołanie Marty Kiszewskiej nie było odosobnionym wydarzeniem. Z funkcji przewodniczącego komisji budżetowej odwołano drugiego przedstawiciela Koalicji Obywatelskiej w radzie — Zbigniewa Korzeniowskiego. W trakcie dyskusji podkreślano, że nie posiada on wystarczających kompetencji do pełnienia tej funkcji, pojawiały się sugestie o braku przygotowania merytorycznego czy niewystarczającej znajomości zagadnień budżetowych. Problem polega jednak na tym, że zarzuty te pojawiły się dopiero w momencie politycznego konfliktu. Sam Korzeniowski nie ukrywał zresztą, że był świadomy nadchodzącej decyzji i traktował ją jako konsekwencję wcześniejszych sporów, a nie nagłego odkrycia braków kompetencyjnych. W praktyce oznaczało to odwołanie drugiego przedstawiciela tego samego środowiska politycznego w krótkim czasie — co dodatkowo wzmacnia wrażenie politycznego porządkowania układu sił w radzie.
Najbardziej uderzający w całej sprawie jest jednak fakt, że Turek widział już niemal identyczną sytuację. W 2019 roku w podobny sposób odwoływano Dariusza Jasaka. W uzasadnieniu również pojawiło się sformułowanie o „braku współpracy ze wszystkimi radnymi” i utracie zaufania. Wówczas pod wnioskiem podpisali się Wojciech Rygiert, Elżbieta Niespodziańska, Maciej Aniołczyk, Paweł Kwiatkowski, Paweł Borowski, Marcin Derucki, Seweryn Chrostek, Henryk Kacprzak, Radosław Idzikowski oraz Ewa Groncik- wszyscy związani z ugrupowaniem burmistrza Turku. Porównanie obu list nazwisk nie pozostawia wiele miejsca na przypadek.
Zmieniają się osoby odwoływane, nie zmienia się mechanizm. Gdy układ polityczny przestaje być wygodny, pojawia się identyczne uzasadnienie i narracja o konieczności „przywrócenia sprawnej pracy rady”.
Wtorkowa debata tylko potwierdziła, że wynik był przesądzony. Zarówno Marcin Derucki, jak i Marta Kiszewska przedstawiali swoje stanowiska, odczytując przygotowane wcześniej oświadczenia. Nie była to dyskusja, lecz starcie dwóch gotowych przekazów politycznych. Argumenty nie miały zmienić decyzji — miały ją uzasadnić przed opinią publiczną. W takich okolicznościach trudno mówić o realnej debacie samorządowej. Sesja była raczej formalnym domknięciem procesu, który rozstrzygnął się wcześniej w politycznych rozmowach poza salą obrad.
Najbardziej problematyczne w całej sprawie jest jednak coś innego. Funkcja wiceprzewodniczącej rady została potraktowana nie jako stanowisko organizacyjne, lecz jako element politycznej lojalności. Dopóki Marta Kiszewska funkcjonowała w ramach większości — jej sposób pracy nie budził zasadniczych zastrzeżeń. Zarzuty pojawiły się dopiero wtedy, gdy zaczęła głosować inaczej niż oczekiwano. To pokazuje mechanizm dobrze znany w samorządach: bezstronność jest wymagana przede wszystkim od tych, którzy przestają być politycznie wygodni.
Wystąpienia radnych pokazały jeszcze jedno — spór nie dotyczył organizacji pracy rady, lecz rozpadu wcześniejszego porozumienia. Zarzuty o brak lojalności, o kierowanie się interesem partyjnym czy o trwanie na stanowiskach były w istocie publicznym rozliczeniem byłych partnerów politycznych.
Problem polega na tym, że takie rozliczenia zawsze uderzają w wiarygodność całej rady. Mieszkańcy widzą bowiem nie spór o jakość pracy, lecz walkę o kontrolę nad stanowiskami. Odwołanie Marty Kiszewskiej oraz Zbigniewa Korzeniowskiego pokazują, że w Turku polityczna pamięć jest krótka, ale mechanizmy pozostają niezmienne.
W 2019 roku większość tłumaczyła swoje decyzje koniecznością przywrócenia współpracy w radzie. W 2026 roku argumenty brzmią tak samo. Różnica polega tylko na tym, kto tym razem znalazł się po niewłaściwej stronie większości. I właśnie to jest w tej historii najbardziej wymowne. Bo jeśli identyczne uzasadnienia wracają przy kolejnych personalnych odwołaniach, to problemem przestają być konkretne osoby. Problemem staje się sposób uprawiania lokalnej polityki.





