Czwartkowa (25 września) sesja Rady Miejskiej w Turku znów upłynęła pod znakiem wspomnień o projekcie budowy linii kolejowej Konin–Turek. Sprawa ta powraca w dyskusjach publicznych i budzi różne interpretacje. Od ponad roku rząd natomiast mówi jasno: nie kolej, a autobusy mają stać się sposobem na włączenie Turku do systemu transportu publicznego.
Najpierw – w marcu ubiegłego roku – o niniejszej sprawie mówił poseł Tomasz Nowak, potem powtórzył Michał Kołodziejczak, w październiku potwierdził wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. Luty przyniósł formalne wstrzymanie prac nad kolejowym projektem. Co więcej – środki około 55 mln zł, które mogły zasilić inwestycję w linię Konin–Turek, już znalazły nowe przeznaczenie w ramach programu Kolej+. W zamian Turek dostać ma lepszą siatkę połączeń autobusowych pod marką Kolei Wielkopolskich. W planach są linie A01, A09, A10, A11 i A19, a także zintegrowany bilet autobusowo-kolejowy, który ułatwi mieszkańcom podróże z przesiadką.
Rok 2025 przynosi naszemu miastu nadzieję na długo wyczekiwane zmiany w komunikacji publicznej. Rada Powiatu Kaliskiego zgodziła się na przekazanie terenu po dawnej kolejce przy ul. Kolska Szosa, a Rada Miejska Turku wyraziła zgodę na jego nabycie.
Jak poinformował burmistrz w następnym tygodniu zostanie podpisany akt notarialny, który formalnie przekaże działki miastu. To pierwszy realny krok w kierunku powstania nowoczesnego centrum przesiadkowego – obiektu, który może znacząco poprawić transport publiczny i komfort podróży mieszkańców.
Jednak historia inwestycji w Turku uczy ostrożności. Wielokrotnie pojawiały się obietnice, które kończyły się na papierze lub politycznych deklaracjach. Projekt budowy kolei Konin–Turek upadł, a plany centrum przesiadkowego w 2023 roku ugrzęzły w sporach między samorządami. Po raz kolejny sytuacja wygląda obiecująco, ale same zgody na przekazanie działek to dopiero początek, a kluczowe pytanie brzmi: skąd weźmiemy pieniądze na budowę? Szanse na realizację inwestycji istnieją, ale nie można patrzeć na to przez różowe okulary.
Historia Turku pokazuje, że obietnice polityczne łatwo rozmywają się w sporach i braku środków. Sukces wymaga odpowiedzialności, ścisłej współpracy samorządów i realnego planowania finansowego. Jeśli miasto i powiat podejdą do tematu pragmatycznie, centrum przesiadkowe może stać się faktycznym węzłem komunikacyjnym, a nie kolejną „kiełbasą wyborczą”. Jeśli nie – w Turku znów będziemy mówić o inwestycjach, które były w planach, ale nigdy nie doczekały się realizacji.
Podczas czwartkowej sesji Rady Miejskiej w Turku wszyscy radni – zarówno ci z frakcji rządzącej, jak i opozycji wyrażali aprobatę dla projektu. Zero sporu, by cel został zrealizowany. Pełna zgoda ponad podziałami politycznymi. Ale zamiast powiedzieć wprost: „robimy to”, radni rozkładali sprawę na tak zwane czynniki pierwsze. Każdy chciał transportu o czym poinformować musiał.
Należy pamiętać, że transport to jedna z podstawowych potrzeb mieszkańców Turku. Codziennie odczuwają to osoby dojeżdżające do pracy, szkół czy lekarza. Dlatego dziś nie wystarczy robić pamiątkowych zdjęć czy składać kolejnych deklaracji. Realne działanie, rozpoczęcie konkretnych inwestycji i uruchomienie faktycznych połączeń to jedyny sposób, by poprawić jakość życia w mieście. Wszyscy zgadzamy się, że transport jest konieczny. Teraz pozostaje czekać na to, aż za słowami wreszcie pójdą czyny i zobaczymy pierwsze efekty na drogach i przystankach, a nie tylko w protokołach z sesji. Mieszkańcy Turku potrzebują komunikacji tu i teraz, a my nadal czekamy na sygnał, że coś rzeczywiście zaczęło się dziać.





