Najpierw informacja o odwołaniu dyrektora Miejskiego Domu Kultury w Turku, później kolejne, znacznie ostrzejsze oświadczenie. Dwanaście zarzutów, zapewnienia o wielomiesięcznych próbach naprawy sytuacji i sugestie, że nieprawidłowości może być jeszcze więcej. Urząd Miejski w Turku przekonuje, że odwołanie Pawła Siwińskiego było koniecznością. Tyle, że im więcej komunikatów pojawia się w tej sprawie, tym więcej rodzi się pytań. Nie tylko o dyrektora, ale również o sposób sprawowania nadzoru nad miejską instytucją kultury. I o odpowiedzialność tych, którzy dzisiaj tak stanowczo wyliczają jego przewinienia.
W środowy wieczór Urząd Miejski w Turku postanowił ponownie zabrać głos w sprawie odwołania Pawła Siwińskiego. Tym razem nie ograniczono się do formalnego uzasadnienia decyzji. Mieszkańcy otrzymali komunikat zatytułowany „12 zarzutów i brak poprawy. Nie było innego wyjścia”. Brzmi stanowczo. Niemal jak ostateczny werdykt. Problem w tym, że w administracji publicznej między postawieniem zarzutu, a jego udowodnieniem istnieje zasadnicza różnica.
Nie oznacza to oczywiście, że zarzuty wobec byłego dyrektora należy bagatelizować. Przeciwnie. Jeżeli dochodziło do nieprawidłowości w gospodarowaniu publicznymi pieniędzmi, wykorzystywaniu majątku instytucji czy rozliczaniu działalności, mieszkańcy mają prawo oczekiwać wyjaśnień i konsekwencji. Dyrektor miejskiej instytucji kultury nie może być rozliczany wyłącznie z liczby koncertów, spektakli i zadowolonych widzów. Odpowiada także za finanse, dokumentację i przestrzeganie prawa. Ale dokładnie ta sama zasada odpowiedzialności powinna obowiązywać osoby nadzorujące jego pracę.I tu zaczyna się znacznie ciekawsza część tej historii.
Urząd mówi. Burmistrza nie słychać
Pod kolejnymi oświadczeniami dotyczącymi odwołania Pawła Siwińskiego podpisuje się po prostu „Urząd Miejski w Turku”. Ani burmistrz, ani jego zastępca. Instytucja. Bez wskazania konkretnej osoby, która bierze odpowiedzialność za treść tak stanowczych komunikatów. Tymczasem z wcześniejszych informacji magistratu wynika, że odwołanie nastąpiło na wniosek zastępcy burmistrza Jerzego Kurzawy, który bezpośrednio nadzorował działalność Miejskiego Domu Kultury. Gdzie w tej sprawie jest jednak burmistrz Romuald Antosik? To pytanie nie jest wyłącznie retoryczne. Mówimy przecież o jednej z najważniejszych miejskich instytucji kultury, publicznych pieniądzach i decyzji, która wywołała dyskusję wśród mieszkańców. Tymczasem w oficjalnej komunikacji pierwszoplanową rolę odgrywa bezosobowy urząd, a nie włodarz miasta. Oczywiście burmistrz nie musi osobiście komentować każdej decyzji kadrowej. Może powierzyć nadzór nad instytucją swojemu zastępcy. Nie zmienia to jednak faktu, że mieszkańcy mają prawo wiedzieć, kto odpowiada za decyzję, kto zatwierdził jej uzasadnienie i kto bierze polityczną oraz organizacyjną odpowiedzialność za sposób rozwiązania całej sprawy. Zwłaszcza że miasto nie ogranicza się do poinformowania o odwołaniu. Publicznie przedstawia katalog poważnych zarzutów i zapowiada możliwość ujawnienia kolejnych nieprawidłowości.
Skoro urząd zdecydował się na tak daleko idącą komunikację, naturalne jest oczekiwanie, że ktoś z kierownictwa miasta wystąpi pod nią z imienia i nazwiska.
Dwanaście punktów. Ale ile konkretów?
W drugim oświadczeniu magistrat wymienia dwanaście powodów odwołania dyrektora. Są wśród nich kwestie poważne, takie jak zarzucane nieprawidłowości przy wypłatach, pobieraniu opłat za zajęcia czy wykorzystywaniu majątku MDK do działalności komercyjnej poza finansami instytucji. To sprawy wymagające szczegółowego wyjaśnienia. Nie wystarczy jednak napisać, że coś było „nieprawidłowe”. Trzeba wskazać, na czym nieprawidłowość polegała, jakie przepisy naruszono, jakie kwoty wchodzą w grę i jakie ustalenia potwierdzają zarzuty.
Obok nich znalazły się bowiem punkty zdecydowanie bardziej „oceniające”. „Niewystarczające pozyskiwanie środków zewnętrznych”, „niewykorzystanie potencjału zmodernizowanego kina” czy „niezrealizowanie kluczowych elementów programu rozwoju MDK” brzmią poważnie, ale bez konkretnych mierników mogą stać się zarzutami niezwykle pojemnymi.
Bo co właściwie oznacza niewystarczające pozyskiwanie środków? Ile pieniędzy powinien zdobyć dyrektor, aby spełnić oczekiwania przełożonych? Czy chodzi o liczbę złożonych wniosków, ich wartość, czy wyłącznie o uzyskane dofinansowania? I czy podobne kryteria stosowane są wobec innych miejskich jednostek? To ostatnie pytanie jest szczególnie interesujące. Podczas lutowej sesji Rady Miejskiej w Turku dyskutowano przecież o problemach miasta z pozyskiwaniem zewnętrznych funduszy. Jak opisywaliśmy w artykule „Wnioski są, pieniędzy nie ma. Coraz trudniej mówić o przypadku”, Paweł Siwiński przedstawiał wówczas sytuację MDK, wskazując na składane wnioski, które mimo pozytywnych ocen nie otrzymały dofinansowania. Mowa była także o ambitnych planach modernizacji instytucji, uzależnionych od możliwości zdobycia środków zewnętrznych. Nie odnotowano wówczas równie stanowczego publicznego rozliczania dyrektora z przedstawionych wyników. Dzisiaj niewystarczające pozyskiwanie funduszy jest jednym z powodów jego odwołania.
Czy w międzyczasie pojawiły się nowe ustalenia? Czy wcześniej przekazywano dyrektorowi konkretne cele finansowe? A może problem, z którym mierzy się także sam magistrat, w przypadku MDK został oceniony według znacznie surowszych kryteriów? Nie przesądzajmy odpowiedzi. Ale warto je poznać.
Teatr Kościuszki 13 odpowiada. I robi się jeszcze ciekawiej
Szczególne emocje wzbudził zarzut dotyczący nieprawidłowych wypłat dla członków Teatru Kościuszki 13. Nie jest to bowiem anonimowa grupa. To zespół od lat obecny w kulturalnym życiu Turku, a w jego działalność zaangażowana jest również zastępczyni burmistrza Joanna Misiak-Kędziora. W czwartek, 8 października, członkowie teatru opublikowali własne oświadczenie, odnosząc się do zarzutów magistratu.
Wyjaśnili, że za sześć przedstawień „Kandydatek na żonę” wypłacono członkom zespołu środki w dwóch transzach, po 300 zł na osobę w czerwcu i grudniu 2025 roku. Zaznaczyli jednocześnie, że ponoszą prywatne koszty przygotowywania spektakli, w tym kostiumów i scenografii, a wpływy z biletów przeznaczane były przede wszystkim na organizację przedstawień. Co istotne, według ich relacji w chwili dokonywania rozliczeń nikt nie informował członków zespołu o zastrzeżeniach dotyczących kwot lub sposobu wypłat. Oświadczenie teatru nie rozstrzyga oczywiście, czy wszystkie rozliczenia były zgodne z obowiązującymi przepisami. Pokazuje jednak, że za jednym krótkim punktem urzędowej listy kryje się znacznie bardziej złożona historia. I tutaj pojawia się kolejna kwestia. Skoro w działalność teatru zaangażowana jest również wiceburmistrz Joanna Misiak-Kędziora, warto wyjaśnić, czy wiedziała o zasadach rozliczeń, czy uczestniczyła w ich ustalaniu i czy zgłaszano jej jakiekolwiek zastrzeżenia. Sam udział w zespole nie oznacza przecież odpowiedzialności za finanse MDK. Ale transparentność wymaga, by także ten wątek został jasno przedstawiony. Publiczne użycie określenia „nieprawidłowe wypłaty” dotyka nie tylko odwołanego dyrektora, lecz również osób, które te pieniądze otrzymały. Dlatego tym bardziej potrzebne są fakty, dokumenty i precyzyjne wyjaśnienia, a nie wyłącznie hasła.
Komentować nie wolno? A przynajmniej nie pod komunikatem
W całej sprawie jest jeszcze jeden paradoks. Magistrat w swoim oświadczeniu poucza odbiorców, że komentowanie decyzji bez znajomości jej pełnych podstaw jest nieuprawnione. Trudno odmówić racji stwierdzeniu, że przed wydaniem osądu warto poznać dokumenty. Ale równie trudno nie zauważyć, że to sam urząd zdecydował się przedstawić mieszkańcom jedynie skróconą listę zarzutów. A następnie, jak wynika z obserwacji publikacji miejskiej, zablokował możliwość komentowania komunikatu dotyczącego odwołania dyrektora. To interesujące zestawienie. Władze publikują stanowcze oskarżenia, przekonują, że decyzja była jedyną możliwą, przestrzegają przed nieuprawnionymi ocenami, a jednocześnie ograniczają możliwość bezpośredniej dyskusji pod własnym oświadczeniem. Tymczasem kwestia blokowania komentarzy przez samorządowe profile była już przedmiotem publicznych dyskusji, również z udziałem radnego Marcina Deruckiego, kojarzonego z otoczeniem burmistrza. Radny przywoływał orzeczenia dotyczące ograniczania możliwości komentowania w mediach społecznościowych przez organy samorządowe. Warto więc zapytać, czy te same standardy powinny obowiązywać także wtedy, gdy komentarze mogą być niewygodne dla obecnych władz Turku. Oczywiście moderowanie dyskusji i usuwanie treści naruszających prawo lub zasady debaty to jedno. Całkowite wyłączenie komentarzy pod komunikatem dotyczącym ważnej sprawy publicznej to jednak coś innego. Nie przesądza to automatycznie o bezprawności działania, ale rodzi uzasadnione pytania o przejrzystość komunikacji. Trudno oczekiwać od mieszkańców milczenia tylko dlatego, że urząd uznał swoje stanowisko za wystarczające.
Skoro problem narastał od dawna, to gdzie był nadzór?
Być może najważniejsze pytanie wynika z samego oświadczenia magistratu. Urząd zapewnia, że problemy nie pojawiły się nagle. Miały być audyty, rozmowy, wyjaśnienia, wielokrotne wskazywanie uchybień i czas na poprawę. Według autorów komunikatu oczekiwanej zmiany jednak nie było. Jeżeli tak, to warto ustalić, kiedy stwierdzono pierwsze nieprawidłowości, jakie wydano zalecenia, kto kontrolował ich wykonanie i dlaczego dopiero teraz zdecydowano się na odwołanie dyrektora.
Przecież Jerzy Kurzawa, wskazany przez magistrat jako bezpośredni przełożony dyrektora, nie pojawił się w strukturze nadzoru nad MDK dopiero w dniu jego odwołania. Nie oznacza to, że zastępca burmistrza odpowiada za ewentualne błędy dyrektora. Oznacza natomiast, że mieszkańcy mogą oczekiwać informacji o skuteczności sprawowanego nadzoru. Skoro, jak twierdzi urząd, nieprawidłowości utrzymywały się przez dłuższy czas, to czy stosowane środki nadzorcze były wystarczające? Czy przeprowadzane kontrole przynosiły konkretne rezultaty? Czy na bieżąco informowano o problemach burmistrza? I wreszcie, czy wśród dwunastu punktów znalazł się choć jeden, który skłonił kierownictwo miasta do przeanalizowania własnego sposobu nadzorowania instytucji? Warto również zwrócić uwagę na fragment oświadczenia, w którym urząd informuje o kolejnych doniesieniach dotyczących możliwych nieprawidłowości, wcześniej nieuwzględnionych w sprawie.
To poważna sugestia. Tym bardziej powinna zostać przedstawiona ostrożnie. Dopóki nowe informacje nie zostaną zweryfikowane, nie mogą być traktowane jako dowód kolejnych przewinień odwołanego dyrektora.
Między odpowiedzialnością a publicznym osądem
Paweł Siwiński nie powinien być zwolniony z odpowiedzialności za ewentualne uchybienia tylko dlatego, że kierował instytucją kultury. Ale też nie powinien zostać publicznie uznany za winnego wszystkich zarzucanych mu nieprawidłowości wyłącznie na podstawie urzędowego komunikatu. Miasto ma prawo rozliczać dyrektorów swoich jednostek. Ma również obowiązek reagować na naruszenia prawa i niewłaściwe gospodarowanie publicznymi pieniędzmi. Jednak korzystanie z tego prawa powinno iść w parze z rzetelnym przedstawieniem podstaw decyzji i gotowością do odpowiadania na pytania. W sprawie MDK tych pytań jest dzisiaj wyjątkowo dużo. Dotyczą zarówno zarzutów wobec Pawła Siwińskiego, jak i wcześniejszego nadzoru nad instytucją, udziału przedstawicieli władz w jej działalności oraz sposobu informowania mieszkańców. A nad wszystkim unosi się nieobecność burmistrza Romualda Antosika w osobistej komunikacji dotyczącej tej decyzji. Być może wszystkie zarzuty mają solidne podstawy. Być może dokumentacja, na którą powołuje się magistrat, szczegółowo wyjaśnia okoliczności odwołania. Być może decyzja była rzeczywiście nieunikniona. Tego nie należy z góry wykluczać.
Ale skoro urząd oczekuje od mieszkańców, by nie oceniali sprawy bez znajomości wszystkich faktów, powinien również zadbać o to, aby te fakty były możliwie jasno przedstawione, a osoby odpowiedzialne za decyzję gotowe do publicznych wyjaśnień.
Bo dwanaście zarzutów wobec dyrektora to nie tylko dwanaście powodów jego odwołania. To także dwanaście obszarów funkcjonowania miejskiej instytucji, nad którą ktoś przecież przez cały ten czas sprawował nadzór.
I właśnie dlatego sprawa Miejskiego Domu Kultury nie powinna zakończyć się na kolejnym oświadczeniu podpisanym „Urząd Miejski w Turku”. Powinna zakończyć się konkretnymi odpowiedziami, przedstawionymi przez konkretne osoby. Czekamy również na stanowisko samego Pawła Siwińskiego. Jego oświadczenie ma ukazać się niebawem.






1 komentarzy
A czemu pod tym artykułem nikt się nie podpisał?