Miało być rutynowe głosowanie nad zmianami w budżecie miasta. Skończyło się na długiej dyskusji o etyce, konfliktach interesów, wzajemnych pretensjach i tym, kto ma prawo oceniać działalność kulturalną w Turku. W centrum sporu znalazło się 6,5 tysiąca złotych na organizację Jazzowych Zaduszek Muzycznych przez Stowarzyszenie „Przystań”. Kwota niewielka w skali miejskiego budżetu, ale wystarczająca, by radni zaczęli zarzucać sobie niewiedzę, nadgorliwość i kierowanie się osobistymi animozjami. Najciekawsze w tej historii jest jednak to, że niemal wszyscy deklarowali poparcie dla kultury, a znaczna część dyskusji dotyczyła nie samego koncertu, lecz sposobu podejmowania decyzji o publicznych pieniądzach.
Przedmiotem obrad nadzwyczajnej sesji Rady Miejskiej Turku były zmiany budżetowe, wśród których znalazło się 11 tys. zł dodatkowego wsparcia dla Ochotniczej Straży Pożarnej oraz 6,5 tys. zł na wydarzenie organizowane przez Stowarzyszenie „Przystań”. Środki miały pochodzić z oszczędności na odsetkach od miejskiego długu.
Skarbnik miasta Małgorzata Dziamara wyjaśniała, że obie propozycje wymagają decyzji rady, ponieważ dotyczą dotacji. Już na początku dyskusji radny Zbigniew Korzeniowski zakwestionował jednak sposób przedstawienia zmian. Jego zdaniem połączenie wsparcia dla strażaków z dotacją na wydarzenie kulturalne stawia radnych w niezręcznej sytuacji. Trudno bowiem głosować przeciwko dodatkowym pieniądzom dla OSP, nawet jeśli ma się wątpliwości dotyczące drugiego wydatku. Korzeniowski zapowiedział, że poprze uchwałę właśnie ze względu na strażaków, ale sam mechanizm uznał za nieuczciwy.
Przewodnicząca rady Mariola Kadrzyńska-Siwek odpowiedziała zdecydowanie. W jej ocenie rozdzielanie każdej zmiany budżetowej na osobne uchwały byłoby absurdalne, a zastrzeżenia wobec dofinansowania „Przystani” mogą wynikać z osobistych niechęci. Broniła działalności stowarzyszenia, podkreślając popularność organizowanych przez nie wydarzeń. Problem w tym, że radny nie oceniał jeszcze jakości Jazzowych Zaduszek, lecz sposób procedowania wydatków.
Dyskusja dość szybko zaczęła więc dotyczyć intencji wypowiadających się osób zamiast argumentów, które przedstawiały. Atmosfera zaostrzyła się, gdy radny Korzeniowski próbował ponownie zabrać głos, wskazując, że przewodnicząca weszła mu w słowo. Usłyszał w odpowiedzi:
– W takim razie odbieram panu głos, bo kolejny w kolejce jest pan radny Dariusz Kałużny. Bardzo proszę. Proszę wyłączyć mikrofon, panie radny – powiedziała Mariola Kadrzyńska-Siwek.
Przewodnicząca uzasadniła swoją decyzję zakończeniem wcześniejszej wypowiedzi radnego i koniecznością zachowania kolejności zgłoszeń. Samo prowadzenie obrad wymaga oczywiście dyscypliny, jednak w kontekście narastającego sporu stanowczość tej reakcji podkreśliła napięcie panujące na sali. Jeszcze bardziej zastanawiające słowa padły później, gdy Mariola Kadrzyńska-Siwek ponownie przekonywała, że dyskusja nad dofinansowaniem stowarzyszenia jest niepotrzebna.
W dyskusji pojawił się również wątek Jacka Sulkowskiego, radnego związanego ze Stowarzyszeniem „Przystań”. Jeszcze przed głosowaniem zgłosił on, że nie chce brać w nim udziału. Jak wyjaśniała radca prawny Anna Szczepocka, sam fakt członkostwa w stowarzyszeniu, bez zasiadania w jego zarządzie, nie przesądza o istnieniu interesu prawnego wykluczającego radnego z głosowania. Z ostrożności uznano jednak, że lepiej, aby Sulkowski nie uczestniczył w podejmowaniu tej decyzji. Mecenas wyjaśniła także, że takie zachowanie nie skutkuje potrąceniem diety, ponieważ radny pozostaje obecny na sesji. Właśnie ta decyzja stała się jednym z głównych punktów sporu.
Dariusz Kałużny mówił o konflikcie interesów, wskazując na związki radnych Sulkowskich ze stowarzyszeniem – Maria Kur-Sulkowska, prywatnie żona radnego Jacka Sulkowskiego jest bowiem prezesem Przystani. Marcin Derucki odpowiadał, że żaden z nich nie figuruje w zarządzie organizacji, a samo wyłączenie z głosowania ma służyć uniknięciu wątpliwości. Przypominał również, że Dariusz Kałużny jako starosta przyznawał wcześniej dotacje „Przystani”. W ten sposób zamiast rozmowy o konkretnym wydatku radni coraz częściej wracali do wcześniejszych decyzji i wzajemnych relacji.
Jacek Sulkowski konsekwentnie przedstawiał swoje zachowanie jako wynik osobistej etyki. Zapewniał, że nie czerpie wynagrodzenia z działalności stowarzyszenia i nie uważa, by zachodził konflikt interesów. Jednocześnie kilkakrotnie proponował radnym rozmowę po zakończeniu sesji, podczas której miał wyjaśnić okoliczności organizacji koncertu. I tu pojawia się zasadnicza sprzeczność. Radny przekonywał, że pozostali nie rozumieją specyfiki organizowania wydarzeń kulturalnych, ale jednocześnie nie chciał przedstawić im pełnych wyjaśnień podczas publicznych obrad, czyli przed podjęciem decyzji o przeznaczeniu pieniędzy z budżetu miasta. Zastrzegał, że nie został upoważniony przez zarząd stowarzyszenia do wypowiadania się w jego imieniu, a pewne kwestie wymagają dyskrecji.
– Są pewne niuanse i delikatność sprawy wymaga tego, żeby po prostu nie mówić tego oficjalnie, bo tego wymaga jakby kultura lub też praca w kulturze. Dowiecie się, naprawdę, wierzcie mi, że się dowiecie. Ja jestem… no nie mogę tego powiedzieć tutaj, dlatego że, tak jak mówię, nie jestem upoważniony. Natomiast absolutnie nie mam zamiaru się tutaj tłumaczyć – mówił Jacek Sulkowski.
Sulkowski miał prawo nie ujawniać informacji, do których przedstawienia nie został upoważniony. Nie sposób jednak pominąć paradoksu jego argumentacji. Z jednej strony oczekiwał zaufania do swojego doświadczenia i oceny sytuacji, z drugiej proponował przekazanie istotnych, jego zdaniem, wyjaśnień dopiero po głosowaniu i poza publiczną dyskusją. Radni mieli więc najpierw zdecydować o wydatku, a później dowiedzieć się, dlaczego pewne rozwiązania organizacyjne były konieczne. Nie oznacza to, że stowarzyszenie miało obowiązek ujawniać na sesji wszystkie szczegóły przygotowywanego koncertu. Nie każdy organizacyjny niuans musi być przedmiotem publicznej debaty. Jeśli jednak radny sam powołuje się na nieujawnione okoliczności jako argument mający przekonać innych do zmiany oceny sytuacji, trudno dziwić się oczekiwaniu, że przynajmniej zasadnicze informacje padną przed głosowaniem.
Sulkowski poszedł jeszcze dalej, zarzucając Grzegorzowi Wojtczakowi, że nie przejmuje się warunkami, w jakich musi działać „Przystań”. Przekonywał też, że wszystkie stowarzyszenia powinny korzystać z możliwości pozyskiwania publicznych środków. To argument zrozumiały z perspektywy społecznego organizatora, ale niepełny z perspektywy samorządowca. Stowarzyszenie jest niezależną inicjatywą społeczną, a nie miejską jednostką organizacyjną, której finansowanie wynika z obowiązku zapewnienia jej bieżącego funkcjonowania. Może ubiegać się o dotacje i realizować wartościowe zadania publiczne, lecz samo przekonanie o potrzebie zorganizowania wydarzenia nie tworzy automatycznego prawa do otrzymania pieniędzy. Ostatecznie to samorząd musi rozstrzygać, czy i na jakich zasadach wesprze konkretną inicjatywę.
W tym kontekście istotne były pytania Grzegorza Wojtczaka. Radny chciał wiedzieć, kto rozpatrywał wniosek „Przystani”, dlaczego sprawa nie została omówiona przez Komisję Oświaty, Kultury i Sportu i czy zastosowano właściwą procedurę. Zwracał również uwagę, że przedstawianie kilku wydatków w jednym projekcie uchwały może prowadzić do sytuacji, w której głosowanie przeciwko całości zostanie publicznie odebrane jako sprzeciw wobec strażaków lub kultury. Grzegorz Wojtczak trafnie wskazał różnicę między poparciem dla celu a oceną sposobu podejmowania decyzji. Jednocześnie część jego proceduralnych wątpliwości została później wyjaśniona.
Małgorzata Dziamara szczegółowo przedstawiła różnicę między konkursem dotacyjnym a trybem pozakonkursowym. Wniosek „Przystani” wpłynął do burmistrza 22 października i dotyczył konkretnego wydarzenia. Jak wyjaśnił zastępca burmistrza Jerzy Kurzawa, zastosowanie miał art. 19a ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. W tym trybie oferta jest publikowana przez siedem dni, a zainteresowani mogą zgłaszać uwagi. Nie jest to zatem procedura wymagająca takiego samego rozpatrywania przez komisję konkursową jak w przypadku corocznego podziału dotacji. Wyjaśnienia te osłabiły zarzut dotyczący konieczności zastosowania standardowej procedury konkursowej. Nie odpowiedziały jednak wprost na polityczne pytanie, dlaczego sprawa nie została wcześniej szerzej omówiona z radnymi, choćby na komisji merytorycznej. Brak takiej dyskusji nie jest sam w sobie dowodem uchybienia prawnego. Może jednak pozostawiać poczucie, że decyzja finansowa została przedstawiona radnym w momencie, gdy możliwości spokojnego omówienia jej zasad były już ograniczone. Co ciekawe, również sposób procedowania wniosku strażaków pokazał, że wydatkowanie publicznych pieniędzy wymaga analizy niezależnie od społecznej sympatii do wnioskodawcy.
OSP wystąpiła o dodatkowe 21 tys. zł już 21 września. Po sprawdzeniu dotychczasowego wykorzystania dotacji, która na 2026 rok wynosiła 65 tys. zł, oraz po rozmowach ze strażakami miasto zaproponowało zwiększenie wsparcia o 11 tys. zł. Skarbnik wskazywała, że część kosztów mogła zostać pokryta z wcześniej przyznanych środków. Ostateczna propozycja została uzgodniona z prezesem OSP dzień przed sesją.
Korzeniewski zauważył, że wniosek strażaków procedowano znacznie dłużej niż wniosek stowarzyszenia. Przewodnicząca odpowiedziała, że trudno byłoby organizować listopadowe Zaduszki, gdyby rozpatrywanie wniosku trwało kilka miesięcy. Obie uwagi miały swoje uzasadnienie, choć dotyczyły różnych okoliczności. Sama różnica czasu rozpatrywania wniosków nie dowodzi nierównego traktowania, ale pytanie o sposób gospodarowania pieniędzmi pozostaje uprawnione.
W pewnym momencie Włodzimierz Bujała uznał całą dyskusję za przesadną, stwierdzając, że kwoty są tak niewielkie, iż wstydzi się prowadzonego sporu. Dariusz Kałużny słusznie przypomniał jednak, że nawet 20 złotych z budżetu miasta pozostaje pieniądzem publicznym. Wysokość dotacji nie zwalnia radnych z odpowiedzialności za sposób jej przyznawania. Z drugiej strony wielokrotne powtarzanie tych samych argumentów, osobiste przytyki i próby przypisywania przeciwnikom złych intencji trudno uznać za szczególnie efektywną kontrolę wydatków. W tle sporu pojawiła się jeszcze jedna, znacznie szersza kwestia.
Zbigniew Korzeniowski zwrócił uwagę, że choć cieszy go aktywność „Przystani”, niepokoi go sytuacja Miejskiego Domu Kultury. Podkreślił, że to właśnie miejska instytucja powinna rozwijać się przede wszystkim dzięki zaangażowaniu samorządu. Do tego wątku nawiązał Dariusz Kałużny, mówiąc o problemach w funkcjonowaniu MDK i sytuacji jego pracowników. To jeden z ważniejszych momentów całej debaty. Dyskusja o 6,5 tys. zł dla społecznej inicjatywy ujawniła pytanie o kondycję instytucji kultury finansowanej bezpośrednio przez miasto. Wsparcie dla organizacji pozarządowych i troska o Miejski Dom Kultury nie muszą się przecież wykluczać. Nie powinny jednak również służyć jako argumenty zastępcze. Dobra działalność stowarzyszenia nie rozwiązuje problemów miejskiej instytucji, podobnie jak trudności MDK nie stanowią argumentu przeciwko wspieraniu wartościowych przedsięwzięć społecznych.
Jedną z najostrzejszych ocen przebiegu obrad przedstawił Marian Marczewski. Radny stwierdził, że uczestniczy w „teatrze absurdu”, a niektórzy samorządowcy próbują tworzyć problemy z kwestii drugorzędnych, szczególnie gdy wiedzą, że ich wypowiedzi są rejestrowane. Zwrócił się również bezpośrednio do Jacka Sulkowskiego, wskazując, że jego nadgorliwość w konsultowaniu wyłączenia z głosowania przyczyniła się do wywołania całego zamieszania. W tej ocenie trudno odmówić radnemu Marczewskiemu pewnej racji. Jacek Sulkowski chciał zamanifestować szczególną ostrożność i etyczne podejście do mandatu, choć przedstawiona podczas sesji opinia prawna nie przesądzała, że jego członkostwo w stowarzyszeniu wymagało wyłączenia. Następnie wielokrotnie podkreślał swoją wrażliwość, doświadczenie i potrzebę wzajemnego szacunku, jednocześnie zarzucając innym brak wiedzy o organizacji wydarzeń kulturalnych. Wypowiedzi te, zamiast kończyć spór, dostarczały kolejnych powodów do polemiki. Jacek Sulkowski przyjął uwagę radnego Marczewskiego, deklarując, że bardziej doświadczony samorządowiec dał mu do myślenia. Przyznał też, że spodziewał się bardziej pozytywnej oceny swojego postępowania. Był to znamienny moment, bo pokazał, jak mocno rozmowa o miejskiej dotacji przesunęła się w stronę oceny osobistych postaw radnych. Nie oznacza to jednak, że pozostałym uczestnikom debaty zabrakło podobnych zachowań.
Marczewski, krytykując kolegów za tworzenie niepotrzebnych konfliktów, sam posłużył się ostrymi ocenami ich motywacji. Marcin Derucki zarzucał przeciwnikom przenoszenie personalnych animozji na obrady. Dariusz Kałużny wracał do dawnych relacji ze stowarzyszeniem. Przewodnicząca, zamiast ograniczyć się do wyjaśnienia zasad procedowania, kilkakrotnie oceniałа samą zasadność prowadzenia dyskusji. W efekcie niemal każdy deklarował troskę o powagę samorządu, jednocześnie dokładając swoją część do coraz bardziej osobistego sporu.
Ostatecznie uchwałę zmieniającą budżet miasta przyjęto 19 głosami „za”. Jacek Sulkowski nie uczestniczył w głosowaniu, zgodnie ze swoim wcześniejszym zgłoszeniem. Nie doszło więc do zablokowania środków na Jazzowe Zaduszki ani dodatkowego wsparcia dla strażaków. Pozostało jednak pytanie, czy tak długa dyskusja rzeczywiście musiała przybrać taką formę. Radni mieli prawo pytać o procedury, terminy i przeznaczenie dotacji. Przewodnicząca oraz przedstawiciele miasta mieli podstawy, by wyjaśniać legalność zaproponowanego rozwiązania. Jacek Sulkowski mógł zdecydować o nieuczestniczeniu w głosowaniu, a stowarzyszenie miało prawo wystąpić o dofinansowanie w przewidzianym ustawą trybie.
Problem polegał na czymś innym. Zbyt często pytania o publiczne pieniądze traktowano jak zarzuty wobec społeczników, a odpowiedzi na te pytania zastępowano oceną intencji pytających. Z kolei część radnych, zamiast poprzestać na konkretnych wątpliwościach, rozszerzała spór o dawne pretensje i osobiste uwagi. Najbardziej wymowny pozostaje jednak obraz radnego, który prosi kolegów o zaufanie i zrozumienie, przekonuje, że nie znają istotnych okoliczności, ale proponuje wyjaśnić je dopiero po zakończeniu publicznych obrad. Nawet jeśli stoją za tym uzasadnione względy organizacyjne, trudno uznać taki sposób argumentowania za przekonujący podczas podejmowania decyzji finansowej.
Jazzowe Zaduszki stały się więc pretekstem do dyskusji o znacznie większym problemie niż 6,5 tys. zł. O tym, czy radni potrafią oddzielić ocenę działalności społecznej od kontroli wydatków, czy pytania traktują jako naturalny element sprawowania mandatu i czy szacunek, na który tak chętnie się powołują, obejmuje również prawo innych do odmiennego zdania. Bo w samorządzie nie chodzi wyłącznie o to, żeby ostatecznie zagłosować za słusznym celem. Równie ważne jest to, w jaki sposób dochodzi się do decyzji. A podczas tej sesji właśnie z tym radni mieli największy problem.





